Koza, a Polska D
No tak, co ma koza do Polski D?
Może nic, a może jednak…
Pisałam, że ostatnia autochtonka odeszła z tego świata całkiem niedawno. Opowiadała o codziennym życiu we wsi i o tym, co tu się hodowało i uprawiało. No i tak w każdym obejściu (czyli gospodarstwie), były kozy. Kilka sztuk, dwie, trzy, ile tam kto chciał. Krowy też były, i to dużo. A po co były kozy? No bo tutejsi już wtedy wiedzieli, że krowie mleczko to niestety, ale szczególnie dla dzieci raczej nie jest zbyt zdrowe. Owszem, na kaca dla bauera w postaci kwaśnego, albo kefiru – to i owszem, ale dziatwa była mlekiem kozim karmiona. Maluszki całkowite – tak pół na pół z wodą, a te dochodzące już do roczku – pełne. I tak raczej mniej było przypadłości pod tytułem “skaza białkowa”.
Dlaczego o tym?
A bo moja młodsza jest obrazem alergii na białko mleka krowiego do kwadratu, ona się z tym urodziła. Co prawda, posiada jeszcze inne uczulenia, które łącznie dają jej I grupę, ale jeszcze w wielkim mieście bardzo mądra pani dermatolog twierdziła,że kozie mleko jest takie samo, jak krowie, tylko się różni jedną jakąś tam cząsteczką. A ja wpadłam w Net i wiem, że:
1. kozie mleko różni się wielkością cząsteczek, są o wiele mniejsze, a w związku z tym, lepiej przyswajalne,
2. ma o wiele mniej karotenu, który często też jest alergenem (o, tak, młodsza coś o tym wie),
3. Różnice w składzie są jednak o wiele większe, niż jedna cząsteczka.
No i tak od wielu lat mamy kozy i mleko od nich (ha, nauczyłam się doić!). Młodsza “zalicza” ok. 1/2 litra dziennie i do tego ok. 20 – 30 dekagramów serka i jej stan się polepsza, powoli, ale jednak.
Ale, nie o to chodzi!
Jest w miasteczku upadająca mleczarnia, która ma być zamknięta. Są ogromne tereny, na których można wypasać setki kóz (tam, gdzie krowa nie pójdzie, albo dla niej zbyt marne). I co? I pipi, bo “pani, a kto by kozy trzymał, toż to największe bidoki kozy mają!” I to mi melduje człowieczek, co na zmianę łazi do lasu na wyrąb, albo do Opieki Społecznej po parę groszy…
Ja sama do bogatych fakt, się nie zaliczam, ale, kurka wodna, znowu mnie szlag trafia, jak takie brednie słyszę. Nie da rady skrzyknąć tych ludzi i namówić do zarabiania! A tak dużo można z Unii wyciągnąć, trzeba tylko chcieć. A tu tylko – to się nie opłaca, tamto też nie, najlepiej to do miasta. A to idź jeden z drugim do tego “cudownego miasta” i zobacz, jak tam dobrze!



