Pomoc sąsiedzka, a Polska D
Kilka dni temu doznałam olśnienia…
Długi czas nie mogłam się nadziwić, jak to jest, że nie istnieje tu coś takiego jak pomaganie po sąsiedzku w drobnych, ale upierdliwych sprawach codziennych. Nie pójdę do sąsiadów pomóc zbierać pyry, bo w zamian MUSZĘ przyjąć dwa – trzy wory tych że, a nie lubię w piwnicy bałaganu. Nie pójdę pomóc przy nauce konia, bo dowiem się, że “nie trzeba”, chociaż widzę, że człowieczyna ledwo zipie, a konisko miota nim jak chce. Jak potrzebuję pożyczyć jakąś rzecz, to usłyszę, że właśnie się popsuła.
A czemu tak jest? Ano, właśnie kilka dni temu moja młodsza przybiegła do domu z nowiną, że zarobiła 50 groszy… Pytam gdzie i za co? “A, zbierałyśmy (z córką sąsiadów – przyp. mój) szyszki w ogrodzie i mama A. zapłaciła mnie i A. po 50 groszy.” W tym momencie zła krew znowu mnie zalała, ale po chwili właśnie dotarło do mnie tutejsze rozumowanie – “nic nie ma za darmo” – i tego właśnie uczy się dzieci już od małego. A potem pewno rodzice wielce szacowni się dziwią, jak na polecenie wykonania czegoś słyszą: “A za ile?”
Na szczęście młodsza ma co nieco oleju w głowie i wie, jaka jest różnica między pomocą, a pracą. Dopowiedziałam jej tylko, że jeśli ktoś prosi o pomoc, to najpierw niech sprawdzi, czym to grozi…i czy aby ta pomoc jest potrzebna. Bo drugą stroną medalu jest chęć bezpardonowego wykorzystywania wszystkich na okolo. Sąsiad, tata A. pracuje na zmiany. Wracając ze zmiany rannej jest we wsi ok. 15 z minutami – w porze, kiedy moja młodsza przyjeżdża ze szkoły autokarem. Nie zdażyło się jeszcze, żeby poczekał na nią te 5 minut i przywiózł, za to mój ślubny jeździ o 13:00 po jego córkę, obojętnie, czy mu się chce, czy nie – szkoda dzieciaka. Po wakacjach chociaż to odpadnie, będą już przyjeżdżać o jednej porze. I tak się toczy to życie w Polsce D, takie trochę surrealistyczne.



