Przeskocz do treści

Wirusa ciąg dalszy

16 kwietnia, 2020

Jak pisałam, 2 kwietnia wysłałam przez stronę internetową mojej Izby Handlowej wniosek o pomoc z uwagi na to, iż nie mogę świadczyć usług.

W dniu 14 kwietnia dostałam mailem info, że wniosek poszedł do wyznaczonego banku, to znaczy, że został przeczytany i uznany. Dzisiaj mam pieniadze na koncie …

I to jest pomoc. Rząd Niemiec zdaje sobie sprawę, że wśród setek tysięcy tych wniosków mogą być również takie, które są zwykłym oszustwem, ale minister gospodarki oficjalnie powiedział, że nie w tym rzecz, żeby teraz sprawdzać wszystko, tylko sprawą najważniejszą jest to, żeby ludzie nie wpadli w długi i to nie z ich winy. Na dochodzenie, czy pomoc była poprawna władze mają bodajże 3 lata.

Z przerażeniem i wręcz z niewiarą czytam, co polski rząd wymyśla i obawiam się, że dojdzie w PL do katastrofy. Nie tylko politycznej, ale i ekonomicznej. Ludzie zostawieni sami sobie, wręcz okłamywani. Niebawem znajdą się tysiące zwolnionych pracowników pod ścianą.

A tymczasem polski nie-rząd uzupełnił kadry Ministerstwa Finansów w sposób kuriozalny. Jeden Vice – jakiś młokos 29 letni, jedna harcerka (nie mam nic przeciw harcerzom, ale niekoniecznie pani w wieku 25 lat i bez żadnego wyższego wykształcenia nadaje się na Vice-ministra, no, ale sorry, ona lubi zbierać papierki po czekoladkach, więc może …) i trzeci specjalista, wzięty bezpośrednio z KFC. No, suuper kadry ! Chyba, że to zaplanowane mięso armatnie, ale ja im nawet nie współczuję.

I właściwie jeszcze tylko sprawa monstrualnej akcji na lotnisku – no cóż, szczytem hipokryzji jest kupowanie czegoś za pieniądze spólek z przewagą udziału państwa, wyrzucaniem ICH kasy na coś, co być może wcale w szpitalach się nie sprawdzi i w dodatku robienie tego za koszmarnie wysoką opłatę transportową. A na końcu szopka pod tytułem „jak dzielnie rząd pomaga”. A na końcu jeszcze sprzedaż po dobrze skalkulowanej cenie będzie?

Pani Kulczyk załatwiła zakup, transport bez fanfar. Nie po to, żeby zarobić na maskach, tylko je DAĆ tam, gdzie potrzeba. I też polała się fala hejtu, bo przecież za autostrady trzeba płacić, dorobiła się na krzywdzie i takie inne. O ile wiem, nikt nikomu nie nakazuje używać tych autostrad, nie pasuje, jedź bocznymi drogami. Skoro p. Kulczykowie mają taką, a nie inną umowę, to z niej korzystają. A pretensje to na Berdyczów.

No i to tyle, bo jak zacznę się rozpisywać i komentować resztę bzdur dzisiejszych, to mi znowu ciśnienie skoczy i nie usnę.

 

 

No to co – jedziemy z virusem

2 kwietnia, 2020

Adam, zacznę od odpowiedzi na Twój komentarz.

Czy w Polsce jest panika ? Moim skromnym zresztą zdaniem, w PL występują dwa modele reakcji na sytuację.

1/ Część społeczeństwa wpada w skrajną panikę typu „każdy zarażony umrze”.

2/ Znaczna część uważa, że „Polacy, nic się nie dzieje, to tylko gra sił ekonomicznych”.

Co jest gorsze – nie wiem.

Cały czas media bombardują statystykami, ale to są statystyki ciągle niepełne, bo nie ma porównań tak ważnego czynnika, jak ilość wykonywanych testów. Część statystyk jest fałszowana, nie będę pokazywać palcem. Przyczyny fałszowania, moim zdaniem, są takie, że

1/ są kraje, gdzie służba zdrowia jest całkowicie nieprzygotowana do sytuacji i nikt nie ma zielonego pojęcia, jak naprawdę to wygląda,

2/ są kraje, gdzie testy są i się je robi, ale sytuacja jest zbyt dynamiczna i statystyki po kilku godzinach można sobie w d…ę wsadzić,

3/ są kraje, gdzie służba zdrowia przede wszystkim chce wiedzieć, ilu obywateli ma zarażonych i jak to się ma do ilości miejsc w szpitalach, a reszta jest jakby mniej ważna.

Nie ma jednej recepty, z wyłączeniem sytuacji, gdzie służba zdrowia leży, zaraża się i nie ma żadnego wsparcia od rządu (nie-?), gdzie obywatele są zostawieni sami sobie nawet z objawami, gdzie obywatele nie mają wsparcia ekonomicznego, bo kasa państwa już dawno jest pusta, a nawet jeszcze gorzej. Ta sytuacja nawet Orwellowi by się nie przyśniła.

Tu, gdzie mieszkam, paniki nie ma. Za to jest puste miasto, gdzie po zakupy ludzie wychodzą pojedyńczo, w sklepach odległości zachowane, kasy obsadzone jak nigdy wcześniej, żeby nie było kolejek. W aptekach – wchodzi się wtedy, gdy „okienko” jest wolne.

W parkach pusto pomimo ładnej pogody, tylko ludziska z psami przemykają. Tak jest w moim mieście. W tej chwili ilość infekcji stawia mój land na trzecim miejscu w DE, a już długo byliśmy na drugim miejscu. Widać posłuch spoleczny, być może, zaczyna skutkować.

Po pierwszym etapie, kiedy ludzie masowo kupowali t.zw. „srajtaśmę”, sytuacja wróciła do normy, jest, leży. Środki do dezynfekcji rąk na razie nie zawsze można kupić, ale i nie codziennie wychodzę do sklepów – mam. No i właśnie nabyłam maseczki, zwykłe, bo nie wpadam w paranoję i uważam, że tych super-hiper nie potrzebuję, no i mam sporo rękawiczek jednorazowych. Czyli mogę powiedzieć, że ja, zwykła mieszkanka tego kraju, landu, miasta – mam to, co mi jest potrzebne do osobistego zabezpieczenia. Nie wiem, jak jest gdzie indziej, bo jak mam się dowiezieć? Moje miasto liczy ponad 45 tys. mieszkańców, land – ponad 11 mln ludzi i jakoś to trzeba ogarnąć. Cóż, może gdzie indziej, w innych miastach jest gorzej – ja nie mam powodu narzekać. Co jeszcze – wiadomo jakie są ograniczenia i tutaj nie potrzeba policji, straży, mandatów – ludzie rozumieją, że inaczej się nie da, a każdy dzień dłuższego panowania pandemii przynosi WSZYSTKIM straty.

A, straty – już wysłałam wniosek, bardzo prosto skonstruowany, o pomoc, jako że nie mogę wykonywać usług z uwagi na męża i na siebie – też jestem w grupie ryzyka. Czy, kiedy i ile faktycznie dostanę – zobaczymy, tych wniosków jest bardzo dużo. Jeszcze muszę napisać o obniżenie podatku i o inne takie podatkowe ulgi – teraz miałam rozliczany 2018 rok i nie bardzo mam ochotę jednorazowo płacić VAT za ten rok. Ale to już mój spec od podatków załatwia.

Ślubny zniósł operację jako tako. Uważam, że wypisano go ze szpitala może o dzień, dwa za wcześnie, ale z drugiej strony, w dniu, kiedy po zrobieniu kontrolnego CT (czwarta doba po operacji), zamykano kliniki i szpitale, w sensie zakazu odwiedzin. Klamry miał zdejmowane w przychodni naszej lekarki domowej, dopiero 24 marca. Ale powoli zaczyna dochodzić do siebie. W ciągu 8 miesięcy miał dwie operacje w pełnej narkozie. Pierwsze dni teraz, po wyjściu z kliniki miałam stracha, był bardzo zdezorientowany, ale powoli to mija.

A mój osobisty pogląd na virusa jest taki –

Powiedzmy, jest grupa 100.000 ludzi zarażonych. Moim zdaniem, tak około 50.000 osób nawet nie będzie wiedziała, że jest nosicielem, ale będzie zarażać ludzi zdrowych.

Z pozostałych 50.000 osób, jakieś 30.000 przejdzie infekcję w miarę lekko, część w domach, część będzie wymagać hospitalizacji.

Z grupy ostatniej może umrzeć od 1.000 do 3.000 ludzi, inni z tej grupy przejdą chorobę ciężko i pradopodonmie pozostaną na zawsze niepełnosprawni.

Czyli – jedno co mogę na koniec powiedzieć –

KTO MOŻE TO SIEDZI W DOMU.

Oj znowu długo mnie nie było …

12 marca, 2020

No coż, czas leci. Nie powiem, że leczy rany, bo bym skłamała, ale jest mi nieco lepiej.

Hmmm, z jednej strony, bo z innej wcale nie za bardzo …

Nadal nie pracuję, poza małą fuchą w Zurychu, raz w tygodniu, ale mój były szef jest człowiekiem kryształowym, a nawet złotym. Wspomaga nas nieco. Pewno w nadziei, że będzie jakaś okazja, żeby mu się odwdzięczyć. Jest mi go w sumie żal, tak bardzo ciągle myślał o swojej dalekiej rodzinie, tak bardzo się starał podzielić w miarę sprawiedliwie spadek, a teraz, kiedy jest w Seniorenresidenz – nikt o nim nie pamięta. Mnie też trudno. Mój były szef będzie się znowu przeprowadzał – tym razem do innego skrzydła i na wyższe piętro, gdzie będzie miał więcej słońca. Ma to w planie do 1 kwietnia – nie, to nie prima aprilis – i mam nadzieję, że będziemy mogli mu pomagać.

Dlaczego mam nadzieję – ano, bo mój Ślubny dziś miał następną operację. Tu w DE nie ma paniki związanej z wirusem, przynajmniej w tym landzie, gdzie mieszkamy. Wszystko toczy się normalnie. Mój Ślubny dojrzał do założenia stenta w aorcie brzusznej. Operacja miała być wczoraj, ale jakiś nagły wypadek był i przełożono operację na dzisiaj. Ok, dzisiaj się odbyła, jutro dowiem się od lekarza, czy wszystko jest w porządku. Myślę, że tak, bo wieczorem, około 20.00 rozmawiałam ze Ślubnym, który poza małymi problemami z miejscem i czasem, był nawet kontaktowny.

Był to nowy stres. Dlaczego? Ano przyjęcie do kliniki  było 10 marca, równo rok od odejścia naszej Gwiazdeczki i mój Ślubny bardzo mocno to przeżywał, ja też. Ale jakoś przeżyliśmy. Nie byliśmy w lesie, ale powiem szczerze, ja nie bardzo mogę tam bywać. I tak, im bliżej 10 marca, tym więcej razy miałam problemy ze spaniem, z normalnym funkcjonowaniem, chociaż bardzo się staram. I to staranie doprowadza do tego, że zapominam o żywych, co bardzo mnie niepokoi. Doszło do tego, że zapomniałam o imieninach mojej Starszej, źle się z tym czuję.

Kochana, jeśli to czytasz – przepraszam Ciebie bardzo, staram się chyba za mocno wypierać wszystko, co złe z pamięci, a i tak nie zawsze mi się udaje.

Wracając do rzeczywistości. Panika wywołana wirusem jakoś do mojego miejsca zamieszkania nie dotarła. Życie toczy się w miarę normalnie, zaopatrzenie w sklepach jest normalne. Owszem, zauważam, że mniej ludzi łazi po sklepach, ale problemów z papierem toaletowym nie mamy ! W Kreis Konstanz są  na dziś 2 przypadki chorych. W całym landzie 454. I jakoś paniki nie ma. W klinice normalnie, w mieście też. Czytam o Polsce i włos mi staje dęba, gratuluję sobie, że udało nam się wyjechać i zamieszkać w normalnym kraju. Nie chcę komentować stanu, w jakim Polska się w tej chwili znajduje, bo to by było bardzo nieparlamentarne.

Wracając do mojego Ślubnego – tętniak aorty brzusznej, jednostronny, wielkości ponad 4 cm – czy w PL kto kolwiek, jaka kolwiek klinika orzekłaby, że jest konieczne wstawienie stenta? A tutaj tak, wychodzą z założenia, że lepiej wcześniej, niż za późno, tak samo było z baypassami, lepiej zapobiegać, niż czekać na zawał. Dlatego jestem wdzięczna losowi, że możemy ty mieszkać i żyć.

Zmęczenie materiału

29 października, 2019

Zbliża się dzień, który najchętniej wymazałabym z kalendarza. Nie dlatego, że nie pamiętam, nie dlatego,że nie możemy odwiedzić wszystkich naszych bliskich, którzy odeszli. Tylko dlatego, że od czasu, kiedy na widoku jest data 01.11 wpadam w odchłań. I nie tylko ja. Chyba za mało czasu minęło. Może za lat kilka będę normalnie żyć, ale myślę, że i tak już nic nie będzie takie, jak kiedyś.

Oczywiście bywamy na cmentarzu, w lesie. Oczywiście porządkujemy, przynosimy nowe kwiatki. Za każdym razem ból jest dla mnie nie do zniesienia. Za każdym razem jestem na oddziale paliatywnym i słyszę to, o czym nikt nie wie. Strasznie to brzmi ale ja nie chcę tam bywać, pod tym drzewem. Czuję się tak, jakbym była winna. Przepraszam Ciebie, moja kochana Starsza, wiem, że to przeczytasz. Tak samo bym cierpiała, gdybyś to Ty odeszła. Jestem znowu rozbita na tysiąc kawałków. Może to tylko ta data, może pogoda, bo właściwie idzie wszystko w miarę dobrze. Mój Ślubny wydobrzał, czuje się w miarę normalnie. Tobie, kochana Starsza idzie w miarę dobrze, więc powinnam się podnosić. A nie mogę. Jest mi z tym źle, bo wiem, że powinnam, że na mnie liczycie i Ty i Tata. A ja jakoś słaba jestem, czemu się dziwię, bo nigdy tak nie było.

Muszę chyba prosić o więcej czasu, obiecuję, postaram się, tylko nie wiem kiedy.

Szkoda, że n ie mam teraz stałego zajęcia, ale z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że stałe wyjazdy to już przeszłość, mojego Ślubnego samego w domu nie mogę zostawić na długo. Odnoszę wrażenie, że Jego psychika jest w jeszcze gorszym stanie, niż moja. Będę szukać czegoś blisko, na godziny, ewentualnie na tygodniowe wyjazdy, bo przecież dalej żyć trzeba. Żeby żyć, trzeba zarabiać. Jak na razie mam z czego. Na szczęście.

Nie wiem, czy mnie ktoś znienawidzi, ale podzielę się pewną refleksją. Mam na FB powiadomienia ze strony siepomaga. Widzę, czytam i myślę. Nie oceniam rodzin, rodziców i osób, które wołają o pomoc. Zastanawia mnie, dlaczego tak wiele ludzi potrzebuje wsparcia, szuka możliwości leczenia gdzieś na krańcach świata. Powiem otwarcie co o tym myślę. Poza przypadkami, gdzie faktycznie operacje, np. na sercu mogą przynieść pozytywny rezultat, reszta, to znaczy przypadki różnych schorzeń rakowych – to jest utopia. To jest zrozumiałe, że każdy chwyta się tej ostatniej deski ratunku, ale to tylko złuda. I tylko pomoc w testowaniu terapii, które są, jak na razie, w fazie eksperymentalnej.

Moja Młodsza miała decyzję o tym, że kasa chorych zapłaci za leczenie immunologiczne. Ale rozmawiałam z profesorem, który wprost mi powiedział, że te terapie są bardzo ryzykowne i wymagają czasu na opracowanie, to znaczy do każdego przypadku podchodzi się indywidualnie, a to wymaga czasu, którego zwykle chorzy na raka nie mają. Nie wierzę, że osoby, co do których wyczerpano wszystkie dostępne terapie nagle ozdrowieją po kuracji w Heidelbergu, czy gdziekolwiek indziej. Może przedłuży im to życie o parę miesięcy, w najlepszym przypadku. Te terapie są bardzo ciężkie dla pacjenta, równie ciężkie, jak chemia, albo i gorsze, bo wnikają w układ immunologiczny, a ich skutek jest trudny do przewidzenia.

Po prostu za mało jest czasu na to. Rak jest podłym przeciwnikiem, może na chwilę przyczaić się, ale w większości przypadków wraca i to ze zdwojoną siłą. Może kiedyś ktoś wynajdzie jakiś model postępowania, ale to jeszcze wiele czasu upłynie.

Ja sama ze strachem czekam na wizyte u dermatologa, mam na 2 grudnia termin, coś mi się pokazało na skórze, mam nadzieję, że nic groźnego. Ale, cóż, co będzie, to będzie …

Jestem, żyję …

27 września, 2019

To jest furczak. Takie coś, co Ty, Kasiutku, fociłaś sama, a w tym roku znowu jest, wrócił. Szkoda, że Ty już nie możesz znowu przylecieć, jak jaskółka … Ostatnia nie tak dawno odleciała. Długo krążyła nad naszym domem i znowu miałam łzy w oczach, bo to jakbyś Ty była. Sama, jedna. Wcześniej odleciało stado, a ta jedna, jedyna długo jeszcze była. Masz pod swoim drzewem też jaskółkę, tylko taką ceramiczną, a na Twojej tabliczce jest kotek podwójny, czyli damsko-męski, taki nieco przewrotny, ale wiem, że odpowiada Twojemu widzeniu świata.

Minęło 6 miesięcy, jakoś nadal żyjemy, czasem lepiej, czasem gorzej. Nie ma innego wyjścia, zacisnąć zęby i żyć.

Mój Ślubny po operacji w nieco lepszym stanie, może nawet na czwarte piętro w Zurychu wejść bez tragedii. Rana goi się dobrze, mostek jeszcze ma czas na zrośnięcie i nerwy, przecięte podczas operacji jeszcze dokuczają, ale jest lepiej. Charakter po operacji bardzo Mu się zmienił, zrobił się bardziej marudny i ma problemy z koncentracją i pamięcią, to chyba efekt narkozy. Jakoś daję radę i wytrzymuję. W Zurychu koniec przeprowadzki mojego Szefa, w tym tygodniu doprowadziłam mieszkanie do stanu, w którym można je oddać nowemu właścicielowi. Tam, gdzie się przeprowadził musi sobie radzić sam, jest za daleko, żeby jeździć często, to ponad 100 km w jedną stronę.

Mamy nadal pewne usługi w Zurychu, ale czas już szukać nowego źródła dochodów, bo inaczej się nie da. Szkoda, bo z moim Szefem było bardzo fajnie, to jest wspaniały człowiek, ale niestety, wszystko ma swój kres.

Ja mam we wtorek kontrolę u kardiologa, boję się. Nie czuję się całkiem dobrze. Źle śpię, budzę się w nocy, a w dzień czuję się zmęczona i śpiąca. Trochę kłóci się to z moim Ślubnym, On chce być cały dzień aktywny, a ja nie mam tyle siły, no po prosty nie mam …

Kupiłam dwa rowery i jak jestem w domu, jeździmy każdego dnia, dokąd jest pogoda i jest ciepło, tak, u nas jest nadal  ciepło ! Szkoda, że jest nadal sucho, bo tak mi się marzy nazbierać grzybów i ususzyć na Święta i zrobić sos …

Nie dajemy na razie rady jeździć więcej, niż jakieś 10 km, ale i to dobre, a ja wracam wykończona.

Tak, czas nie stoi w miejscu, ale pomimo tego nadal ból jest ogromny. Nadal nie jestemw stanie spokojnie, bez płaczu, rozmawiać o Tobie, no nie mogę. Widać jestem bardzo miękka.

Może kiedyś opanuję emocję, na razie nie umiem, a może nie chcę.

Ten parszywy rok

31 lipca, 2019

Nie wiem, czy jestem skazana na jakieś męki, czy to wszystko, co się dzieje, to jakaś kara za grzechy, ale jestem już na skraju wytrzymałości.

Kilka dni temu mój Ślubny miał kontrolę u kardiologa. Niby nic, ale dwa skierowania dostaliśmy. Jedno względem znacznie poszerzonej arterii brzusznej – norma ok. 1,6 cm, a mój Ślubny ma 3,6 cm,  a drugie na koronarografię.  To był czwartek.  W piątek pojechaliśmy do tutejszej kliniki. Po krótkiej lekarskiej naradzie ustalono termin na koronarografię na środę, 31.07. No i się dowiedziałam, że mój Ślubny jest o krok od spotkania się z naszą młodszą, która odeszła 10 marca tego roku.  Arterie serca ma tak zwężone, że nie ma mowy o zainstalowaniu stentów. Ja mam ich trzy, i jakoś funkcjonuję, ino ciężko, bo stress mnie dobija, nałożyło się wiele spraw, które powinny być załatwione ale niestety nie da się. Dowiedziałam się, że jest to jakiś cud, że mój Ślubny jeszcze żyje. Żeby żył nadal trzeba, niestety wykonać instalację bypassów, bo nie ma możliwości założenia stentów. Zwężenia tętnic sercowych są zbyt duże. I jak to w DE bywa, w ciągu jednego dnia (dzisiejszego), wykonano koronografię, ustalono, że trzeba operować i załatwiono przewóz do specjalistycznej kliniki. W pierwszym momencie była mowa o klinice we Freiburgu, na zdecydowanie powiedziałam „NIE”. W pół godziny znaleziono miejsce w klinice specjalistycznej w Konstanz. Ok, Konstanz może być,  to tylko 25 minut pociągiem i parę  minut autobusem, więc żaden problem. Freiburg odpadł ze względu na to, iż tam pożegnała się z życiem nasza Młodsza. Jutro rano mój Ślubny zostanie przewieziony z wszelkimi szykanami do Konstanz, a więc w pozycji leżącej i pod monitoringiem do Konstanz, do Herz-Centrum. Ja pojadę pociągiem. I wszystko w ciągu kilku dni, bo od piątku do dziś. Nie chcę myśleć, co by się stało, gdybyśmy nadal mieszkali w Pl…………..

Ja na razie odreagowuję, zażywam lekarstwo w postaci czerwonego wina i zaraz idę spać. Ja mam kontrolę u kardiologa 1 października i mam nadzieję, że do tego czasu nic się nie stanie.

Mój Szef ma akurat przeprowadzkę do Senioren Residez, ale niestety, nie za bardzo mogę pomagać. Raz, że sama jestem w kiepskim stanie, dwa, że mój Ślubny będzie walczyć o dalsze życie. W poniedziałek przyjedzie moja Starsza, jakoś damy radę….