Skip to content

Nowy rozdział – Młodsza i niemiecka opieka zdrowotna

Grudzień 22, 2017

Pisałam, że długo trwało uzyskanie ubezpieczenia zdrowotnego dla Młodszej, ale wina leżała, niestety, po stronie polskiej, pomijając nieporozumienia w kasach chorych na temat kto, co i gdzie.

Ale, kilka dni temu, mając w ręku tylko list z AUDI BKK i tłumaczenia wypisów z polskich szpitali, na wariata, pojechałyśmy do tutejszej kliniki na oddział onkologiczny.

Nie wygoniono nas …

Bardzo miła pani w recepcji od razu załatwiła

1/ termin u lekarza rodzinnego, którego to lekarza jeszcze Młodsza nie miała wybranego,

2/ termin u lekarza onkologa

3/ termin u specjalisty – ginekologa,

4/ termin u specjalisty  ginekologa klinicznego w klinice,

5/ termin badania PET-CT w klinice w Konstanz.

To wszystko w ciągu kilkunastu minut. W przyszłym tygodniu i zaraz po Nowym Roku będzie pełny obraz, a 5 stycznia wizyta na onkologii – konsylium.

Dalej po ogarnięciu jednego tematu – Fryburg, specjalistyczna klinika dermatologiczna.

Młodsza i ja jesteśmy w szoku …

Reklamy

Nowy rozdział

Grudzień 19, 2017

Nie wiem, czy jeszcze ktoś tu wpada.

Kończy się rok, kolejny rok trudny, ale tym razem mogę powiedzieć, że był to jednak czas udany. Zmian bardzo dużo, było bardzo ciężko ogarnąć pracę, zmianę miejsca zamieszkania, kłopoty ze zdrowiem mojej Młodszej i moje. Powoli wszystko mniej więcej stoi na nogach.

Nasz dom na wsi latem został wreszcie sprzedany, co prawda za mniejszą kwotę, niż planowaliśmy, ale widząc, co się w Polsce dzieje – zacisnęliśmy zęby i poszłoooo.

Zaczęły się natomiast kłopoty z wynajęciem mieszkania w DE. Uparcie szukałam w okolicach Jeziora Bodeńskiego, jak najbliżej Konstanz. Ino, że ten teren jest jedną wielką miejscowością turystyczną, ceny w związku z tym wzięte często z kosmosu, a i tak za każdym razem, gdy już dostąpiłam „zaszczytu” i otrzymałam termin oglądania, to okazywało się, że takich naiwnych jest kilkanaście rodzin na jedno mieszkanie.

Termin opuszczenia naszego starego domu był krótki, tylko dwa miesiące, w dodatku w lecie, kiedy Bodeńskie jest oblegane. Wracając z któregoś tam castingu, w czasie potwornego upału, wieczorową porą, poczułam się bardzo źle. Doczłapałam do apteki na Hauptbahnhof w Zurichu i … w krótkim czasie wylądowałam na oddziale kardio w UNI Spital. W czasie „złotej godziny” wstawiono mi trzy stenty, akcja odbyła się późnym wieczorem w sobotę, a w środę już pożegnałam gościnne progi szpitalne.

To, co się stało miało bardzo duży wpływ na dalsze nasze losy. Mój szef, ciągle ten sam, uznał, że prędzej się wykończę, niż mieszkanie znajdę, a muszę dodać, że w tym czasie moja Młodsza przebywała „seryjnie”  w kolejnych szpitalach warszawskich, mój Ślubny koczował w hotelu. Po krótkiej rozmowie miałam już sprawę załatwioną – kupno mieszkania z pomocą mojego szefa. Nie jest to mieszkanie super – hiper, ale ma 68 mkw., trzy pokoje, duża kuchnia, balkon i bardzo ważne – w centrum miasta, ale na granicy strefy pieszej, więc hałasu nie ma, nawet na balkonie. Bardzo blisko piękny park, z psem można do woli spacerować, miejsce parkingowe na nasze autko (a, zmieniliśmy – teraz jeździmy czymś, co zawsze budziło we mnie negatywne dreszcze – BMW 530 xdrive, DISEL w dodatku!), jest o 5 minut od domu.

No i zaczęła się wielka akcja pod tytułem „przeprowadzka”, a najpierw masa papierków do załatwienia – bo Niemcy kochają papierki. We wrześniu nasze graty zostały dowiezione z Polski,

Moja Młodsza miała 30 sierpnia bardzo poważną operację, rozpoznanie, które spowodowało jej konieczność, wstrząsnęło mną bardzo głęboko. No, ale 11 października odebrałam Młodszą ze szpitala i przyleciałyśmy do Zuri, a później autkiem do – a, nie napiszę, gdzie mieszkam, bo nie samych przyjaciół posiadam, niestety, taka rzeczywistość jest.

W każdym razie, Młodsza musiała jeszcze raz do PL lecieć po wyniki histopatologiczne, dostała też kwalifikację na radioterapię.

No, ale żeby ona mogła kontynuować leczenie, to trza ubezpieczenie załatwić, przebrnięcie przez zasieki polskich i niemieckich formalności trwało aż do ubiegłego tygodnia ! Najpierw, co bardziej znane niemieckie kasy chorych upierały się, że osławiony druk E-104 to ma moja córka załatwić, a w przepisach stoi jak byk, że to niemiecki ubezpieczyciel występuje do polskiego, wprzódy stemplując i podpisując ów formularz. Później okazało się, że po polskiej stronie jest jeszcze tysiąc różnych zaświadczeń i formularzy. Na szczęście udało się wszystko telefonicznie i mailowo pozałatwiać, a jedyną kasą chorych, jaka z marszu wiedziała, co do kogo należy okazała się być AUDI BKK. Jutro moja Młodsza ma wizytę u lekarza i do jutra będę miała szpilki w odwłoku z nerwów. Na szczęście  klinika jest w naszym mieście.

Ja i mój Ślubny jeszcze czekamy na papierki do ubezpieczenia … ale my mamy chociaż karty EKUZ, co prawda nic mi po tym, bo za leki muszę na razie 100 procent płacić, ale, hmm, gdyby się pogorszyło, to jest możliwość się ratować. Gdybym nie miała karty EKUZ, to moja przypadłość sercowa załatwiłaby nasze finanse na amen i do końca życia chyba. I tak musiałam połowę kosztów transportu do szpitala sama zapłacić, bo Szwajcarzy mają roczny limit korzystania z karetki w wys. 500 CHF, a koszt mojego przewozu o było 986 CHF. Nawiasem mówiąc szkoda, że nie widziałam min pracowników NFZ po przeczytaniu rachunku …, ale muszę powiedzieć, że warunki miałam luksusowe, pokój jednoosobowy, menu do wyboru, kawka do łóżka i takie tam inne.

I tak minął ten rok, intensywnie, nerwowo, ale teraz przyszedł wreszcie czas, kiedy nie czekam trzy miesiące na to, żeby widzieć moją rodzinkę kilka dni i znowu w drogę. Pracuję w innym rytmie, w poniedziałki rano, tak koło 10.00 zaczynam pracę a w piątki po 14.00 jadę do DOMU! Godzinka jazdy i już !

Teraz szykujemy się do pierwszych świąt na nowym miejscu, przyjedzie Starsza wraz z Helge i moją wnuczką, jak dotąd, jedyną (Starsza, a może ????), choinka ubrana, w czwartek przed południem jadę do domu – a jak, mam dobrego szefa, który zresztą wpadnie na dwie godzinki w Wigilię i tylko jeszcze niech moja kochana Młodsza wygrzebie się w miarę możliwości ze swoich zdrowotnych problemów, to już chyba nic więcej mi do szczęścia nie będzie potrzeba.

Wszystkim, którzy tu jeszcze wpadają –

serdeczne życzenia wspaniałych Świąt i niech Nowy Rok każdemu przyniesie to, co sobie marzy !

choinka

To nasza choinka na nowym miejscu życia.

Nadal na emigracji – o wszystkim i niczym

Październik 15, 2016

Takiej długiej przerwy chyba jeszcze nie miałam, ale od ubiegłorocznej Francji działo się dużo, aż za dużo.

Moja przygoda z miejscem wybranym, jako docelowe do stałego pobytu, skończyła się szybko. Przyczyny różne, osobiste, mniej osobiste i takie inne. Mam trudny charakter, wiem o tym i nie wszędzie pasuję, jestem, jaka jestem i mając tyle lat na karku – już się nie zmienię. A co tam, ważne, że jestem sobą i całkiem dobrze na tym wychodzę.

Zmieniły się również plany co do miejsca, gdzie chcemy się osiedlić. Ciekawa jestem, ile razy jeszcze trzeba będzie zmieniać koncepcję… Po wizycie na UNI w Stuttgarcie okazało się, że po pierwsze primo, mają limit przyjęć studentów „obcych” – ledwo 10 %, po drugie primo, na kierunek wybrany przez moją Młodszą jest wielu kandydatów i na przyjęcie można czekać do us…. śmierci.

Wpadłam w internet, udało się znaleźć inny uniwersytet, mianowicie UNI Konstanz, gdzie na kierunku podobnym do germanistyki miejsca nie są wykorzystane. Byłam tam z moją Młodszą, języka śmy zasięgnęłyśmy i jeśli egzamin językowy (DaF), zaliczy, to na 99 % zostanie przyjęta.

W tak zwanym międzyczasie Młodsza zdała maturę, z bardzo dobrymi wynikami, szczególnie zależało jej na egzaminie rozszerzonym z niemieckiego.

W związku z tym wystawiliśmy nasz polski dom do sprzedaży. Kto chce, może obejrzeć:

http://adresowo.pl/o/9tg3ug?v=4da2fc12fdc20e1dbcec0364ac84b538

Zaglądają do nas różni ludzie, ale na razie poważnej oferty nie mamy, wiem, teraz idzie zima i nie ma co liczyć, że ktoś sobie dom na Gwiazdkę sprawi. Wiem, że czasy są trudne, ale sporo ludzi, którzy wracają np. z Anglii, a i też mamy zainteresowanie po niemieckiej stronie, szuka miejsca na nowy początek. My też, jesteśmy cierpliwi …

Na froncie zawodowym: od czerwca ubiegłego roku byłam pod Stuttgartem na zmianę z Zurychem. Od wiosny jestem znowu na starych śmieciach szwajcarskich i tu mi jest dobrze ! W tym  tylko roku od początku czerwca aż prawie do końca sierpnia była ze mną moja Młodsza, później króciutki urlop w PL i znów do krainy serów wróciłam. Mam teraz inną dziuplę, większą znacznie i nie mam żadnej pracy opiekuńczej. Przyjeżdżam tu do prowadzenia domu, teraz trochę więcej zajęć, bo mój gospodarz zajęty remontem mieszkania po najemcach. Nigdy bym się nie spodziewała, że w kraju tak poukładanym najemcy mogą tak wielkie szkody zrobić! W jednym z nich mieszka on, a ja piętro wyżej. Na wysokim parterze jest piękne, dwupoziomowe mieszkanie, łącznie prawie 160 m kw., z wyjściem do ogrodu, sauną, garażem, są dwie łazienki, osobny prysznic przy saunie, dodatkowe 2 WC. Podłoga w salonie, wyłożona drewnem została zupełnie zniszczona, lodówka, zamrażarka, zmywarka – do wymiany, ocalała tylko pralka o suszarka. W łazience potłuczony sedes, w drugiej zniszczone kafle. Wykładzina na wewnętrznych schodach – do wyrzucenia, a mieszkali ci ludzie tylko 3 lata … Cóż, zwrotu kaucji oczywiście, nie dostaną, ale teraz jest straszny zamęt z remontem i ciągłe dyskusje co, jak, gdzie zrobić, co zmienić.

Mieszkanie „po mnie” ma teraz studentka, właśnie rozpoczęła naukę. Mamy wspólne WC i już wiem, że jak sama nie posprzątam, łącznie z umyciem kranu z pasty do zębów, to czystej wody nie będę miała jak sobie do dzbanka nalać. Ja nie mam kuchni, nie jest mi potrzebna, bo i tak nie gotuję, ale czystą wodę raczej posiadać chcę.

Myślę sobie, że Szwajcaria wyhodowała sobie bardzo roszczeniowe pokolenie. Tamci najemcy też byli młodzi i ciągle „coś chcieli”, były ciągle jakieś reklamacje, a zachowywali się paskudnie.

Wracając do spraw zawodowych – pośrednictwo powoli się toczy, nie nastawiam się teraz na rozwijanie tego, wiem, że muszę być tam na miejscu, w DE, zdalnie się tego nie da. Mam kontrakty, niektóre rozwiązane, żeby było śmieszniej – z rozwiązanych rodziny znowu wracają i tak się to powoli toczy.

Może następny wpis będzie weselszy, bo chodzi mi po głowie temat „dobra zmiana”. Nie wiem czy nie wyjdzie z tego tragikomedia, ale co tam, popisać se mogę (jeszcze!).

Na emigracji – Francja !

Październik 17, 2015

Po pierwsze primo – w moim zawodowym i prywatnym życiu czas biegnie bardzo szybko, dlatego wpisów nie tak wiele.

W zawodowym – powoli, bo powoli, z przyczyn ode mnie niezależnych, interes się rozwija. „Dobrałam” jeszcze jeden sposób na dodatkowy zarobek, być może coś z tego będzie, o ile Polacy, pracujący w DE zaczną myśleć o tym, że nie zawsze będą zdrowi i nic się nie stanie:

Ubezpieczenia w DE

A teraz skrót myślowy do Francji:

Mój szwajcarski gospodarz, u którego gościłam we wrześniu, miał urodziny. W ubiegłym roku nie były obchodzone z uwagi na ciężki stan jego żony (opiekowałam się Moniką do końca).

W tym roku akurat byłam na miejscu i zostałam zaproszona na 3-dniowy wyjazd urodzinowy z całą rodzina na objazd winnic w Burgundii !!

Wrażeń było tak wiele, że zawrót głowy do dziś mam, wina były różniste, nie wszystkie super, ale kilka przedniej jakości, a piwnic z degustacją było multum. Program wypełniony na full, żadnego „czasu wolnego”.

Podróżowaliśmy autokarem klasy VIP:

autokar

 

Zwiedziliśmy Koenigliche Saline w Arc-et-Senans i tamże był wspaniały obiad:

salina

obiad

Ta osoba płci żeńskiej – to ja.

 

Jedna ze zwiedzanych piwnic z degustacją:

piwnica

 

A tu pierwszy raz w życiu testowałam absynt, knajpka typowa, w środku siedzieli panowie żywcem z francuskich filmów, każdy ze szklaneczką absyntu:

absynt

 

Zdjęcia nie pierwszej jakości, bo ja robię tym, co mam, czyli komórką, ale są. Innych atrakcji było wiele. Kuchnia francuska – hmmm, osobny temat, za czas jakiś napiszę.

Na emigracji – słuchając „The Black Gospel Pearls”…

Maj 26, 2015

Ten album, 2 CD dostałam dziś w prezencie pożegnalnym (plus płyta Guitarra Espanola – Pasion Latina), od pewnego ojca z zakonu Dominikanów. Nie jestem osobą wierzącą, o.Bruno o tym wie, ale tak sobie pomyślałam, że gdyby w PL było więcej takich, może by nasz kraj inaczej wyglądał, może byłoby więcej mądrych ludzi, kto wie … O.Bruno ma już 83 lata, mieszka sam w pięknej willi – nie, nie jest jego własnością, należy do Braci Dominikanów. To jest kolega szkolny p. Moniki, mojej zmarłej PDP. Trzy razy w tygodniu bywałam u niego, ogarniałam dom, no i obiadki tworzyłam. Zawsze po obiedzie była co najmniej godzinna dyskusja na przeróżne tematy. Pierwsza osoba duchowna, która na samym początku spytała mnie, czy jego krótka, cicha modlitwa przed posiłkiem nie będzie mi przeszkadzała. Cicha, ale słowa słyszałam – za każdym razem dziękował za moją pracę, tak, jak na uroczystości kościelnej po śmierci p. Moniki bardzo głośno i wyraźnie dziękował mi za opiekę do końca. Tekst, który wtedy wygłosił mam na pamiątkę.

W niedzielę i wczoraj – tu było święto – spędziłam na spotkaniach z różnymi, poznanymi tu osobami. Większość z nich to ludzie już starzy, koleżanki p. Moniki, Jej byłe klientki. Miło było, naprawdę, pewna starsza pani upiekła specjalnie dla mnie ciasto, a że ma duże problemy w poruszaniu się – to naprawdę duży wyczyn, w dodatku sama nie może słodyczy – ostra cukrzyca.

Wczoraj też byłam na obiedzie, który przekształcił się w późną kolację z nieco młodszą gałęzią rodu. Przy butelce świetnego wina padły następne propozycje wpółpracy. „Młodsze pokolenie” rodziny w osobie siostrzenicy mojego gospodarza stało się z dnia na dzień „head-hunterem” !

I zaczynamy polowanie, co prawda ani ja, ani ona nie pochodzimy z rodu myśliwych na literkę „K” (nie mam nic przeciwko przywódcy tego rodu i baaardzo mnie smucą ostatnie fakty), polowanie bez czasu ochronnego. Będziemy tropić nie tylko opiekunki, ale i nasze pielęgniarki. Aaaale, pod ostrzałem znajdą się egzemplarze „wyeksportowane”, czyli też takie, które pracują, bądź pracowały w DE i mogą to udokumentować – mowa o pielęgniarkach. Dlaczego? Z prostej przyczyny – szpitale czekają na pracownikłów i nie chcą osób, które dopiero będą się uczyć języka. Chcą mieć fachowców w pełnym tego słowa znaczeniu i od już, a nie za rok  (tyle mniej więcej trwa kurs na poziom B2).

Nagonka dotyczy szwajcarskich kantonów niemieckojęzycznych.

Cóż, nasze pielęgniarki pracujące w DE zarabiają o niebo lepiej, niż w PL, to prawda, ale zarobki, jakie oferują tutejsze szpitale zaczynają się od 6.300 franków szwajcarskich miesiecznie, co przy obecnym kursie daje ok. 6.000 euro (słownie: sześć tysięcy euro miesięcznie). Większość placówek ma w posiadaniu domy, w których są mieszkania lub pokoje, jeśli nie – szpitale pomagają znaleźć coś w przyzwoitych cenach.

Czy coś z tego będę miała? Oczywiście, ale nie kosztem „upolowanych”, tak samo, jak zadowalam się niewielkim zyskiem przy kontraktach z opiekunkami – również to nie opiekunki są obciążane moją prowizją.

Układ jest  jasny i konkretny, tak samo, jak ludzie, z którymi współpracuję !

I tyle kazania na dzień dzisiejszy, mam nadzieję, ze dokumenty, na które czekam (list z DE), dojdą, bo ręce mnie do pakowania swędzą, a najpierw muszę swoje biuro w walizę upchnąć …

 

 

Na emigracji – czas się pakować…

Maj 24, 2015

No, etap pod tytułem „Szwajcaria” dobiega powoli końca.

Drugiego czerwca nastąpi wiekopomna chwila – wyjazd do DE. Z przerażeniem patrzę na mój stan posiadania. Minęły dwa lata i tak jakoś dużo mi się wszystkiego zrobiło, ale na szczęście, nie muszę od razu zabierać wszystkich swoich gałganków. Myślę, ze w czerwcu wpadnę tu raz jeszcze na weekend i zabiorę resztę.

Jestem bardzo zadowolona z tych dwóch lat, pomimo, iż były też ciężkie chwile. Spotkało mnie tu tak dużo dobrego, poznałam wiele ciekawych osób, zwiedziłam bardzo dużo i ja i Moja Młodsza. Wszystko jednak ma swój kres.

Szwajcaria jest małym, wspaniałym krajem, żyje się tu naprawdę cudownie, pod pewnymi jednak warunkami – ja i moja rodzinka nie jesteśmy jednak w stanie przeskoczyć spraw administracyjnych. A ja powoli mam serdecznie dość bycia we własnym domu gościem, bo tak jest już od 4 lat.

W DE mam już „zdalnie” wynajęty urządzony w pełni pokój z kuchnią i łazienką, wiem, ze właśnie nowa lodówka dla mnie dojechała. Wszystko dzięki jednej, wspaniałej osobie – ma na imię Iwona. Perspektywy są bardzo interesujące, mam już pierwszy kontrakt w DE podpisany, mam gdzie mieszkać i oby wszystkie plany, które mam w głowie, wyszły, a wiem, że jak muszę – to mogę. Plan docelowy – w przyszłym roku obejmiemy mieszkanie piętro wyżej i będziemy wreszcie razem !

Miejscowość, do której jadę to miasteczko ok. 15 tys. mieszkańców, oprócz pięknych krajobrazów i ciekawych, starych budynków, ma jeszcze jedną zaletę – 25 minut S-Bahnem do Stuttgartu, czyli prawie wracam na „stare śmieci”, tylko jakby z drugiej strony.

Stuttgart – z tym miastem Moja Młodsza wiąże swoje plany – germanistyka na tamtejszym uniwerku, a dla mnie to możliwość odwiedzania Zurichu, to tylko 3 godziny jazdy. Pozwoli mi to na pilnowanie w dalszym ciągu interesów w Szwajcarii.

Niedziela i poniedziałek to tutaj dni swiąteczne, dla mnie zaś dwa dni pożegnalnych spotkań ze wszystkimi poznanymi tu ludźmi, a nawet nie przypuszczałam, ze tak wiele osób chce sie ze mną przed moim wyjazdem spotkać. Czuję się naprawdę mile zaskoczona !

Na emigracji – winny dokształt

Marzec 29, 2015

Hmm,  pewnie prawe opiekunki bardzo sie oburzą na mój wpis … Trudno, ja jestem, jakby tu powiedzieć,  całkiem dorosła, a w dodatku teraz nie jestem już  opiekunką, tylko właściwie, no właściwie, to nie wiem, powiedzmy, że pomocą domową. Moja praca polega teraz na byciu tutaj, ogarnianiu mieszkania, zakupy, gotowanie.

W tak zwanym międzyczasie i przy okazji bywania w gościach wraz z moim gospodarzem testuję różne wina, od razu mówię, ze tylko i wyłącznie czerwone i wytrawne. W PL za bardzo nie ma co testować, niestety …

Pochwalić się muszę, wykryłam całkiem przypadkiem fantastyczne wino, Eximius Primitivo di Manduria. Jadąc do PL na Boże Narodzenie nabylam butelkę owego wina, rocznik 2010, DOCG. Jeny, tak wspaniałego wina nie pamietam, łagodne w przełyku, piękny bukiet, wspaniały, głęboki kolor. Wino takie jakby oliwne, ale swoją czarodziejską moc posiadające. Chciałam teraz kupić znowu ten gatunek, niestety, chyba rocznik sie skończył. Jest dostępny rocznik 2011, DOP Riserva, nabyłam, przetestowałam wraz z moim gospodarzem. Jest też dobre, ale to już nie to, niestety… Ale mój gospodarz, nie ukrywam, że znawca win, orzekł, iż jest super dobre. Szkoda, że nie było mu dane wcześniejszego rocznika posmakować …  Dla zainteresowanych link:

https://www.mondovino.ch/Rotwein/Italien/Apulien/Eximius-Primitivo-di-Manduria-DOP-Riserva/P1011486002?s=C

 

Tym razem będę wiozła do domu cztery butelki, a to:

1.  Wspomniane wyżej Primitivo 2011

2. Amarone della Valpolicella DOCG 2010

3. Singularis 2011 – wino niedostępne w sprzedaży, szwajcarskie, AOC Valis, prezent od znajomego duchownego,

4. No i coś całkiem specjalnego – Pommard 1-er Cru, rocznik 2009 !

 

Muszę przyznać, że wina Amarone sa, tak jak i Primitivo bardzo różne. Można kupić Primitivo już za ok. 20 CHF, ale … ono faktycznie jest prymitywne. Tak samo Amaroni, niestety, to dobre, mające swój charakter i moc – kosztują powyżej 30 CHF. A i tak nie są to wina z wysokiej półki. Może będzie mi kiedyś dane testować te, które plasują się naprawdę wysoko. A ceny tak mniej więcej od 300 CHF za butelkę sie kształtują. Tak, czy siak, wolę raz kiedyś wypić lampkę dobrego, wytrawnego i w dodatku czerwonego wina, niż jakiś tam trunek zwykły z procentami.

No i po co o tym piszę? To jest jedna ze stron, które zaliczam „in plus” w mojej emigracji, nauczyłam sie win, może nie dogłębnie, ale już wiem, jakie lubię, jakie są dobre, z jakiego kraju mi akurat odpowiadają i co w nich jest takiego, że można się rozsmakować. To jest jedna ze stron, które wpisuję jako korzyść z moich wyjazdów.

No, żeby nie było tak całkiem alkoholowo, to jeszcze na „zaś” temat: nowa wystawa w Kunsthaus, którą oczywiście obejrzałam dokładnie. Wystawa pod tytułem „Japońskie inspiracje”, a dotyczy to późnego wieku XIX, prace tak wspaniałych artystów, jak Monet, Manet, Picasso, Degas i mój ukochany Van Gogh. Ale o tym następnym razem …