Skip to content

Nowe życie toczy się w innym rytmie

Maj 24, 2018

Dzisiaj nie chce mi się wspominać. Życie toczy się dalej i ten ruch nabiera prędkości.

Moja Młodsza była pierwszy raz w klinice we Freiburgu, na rozmowie z panią profesor. Oczywista oczywistość – znowu pewne badania muszą zostać uściślone, w związku z czym kolejny wyjazd na początku czerwca a później jeszcze raz na omówienie planu nie tyle leczenia, ile możliwości usprawnienia życia. Bardzo istotne, bo jak na razie zwykłe czynności dnia codziennego sprawiają Jej ogromne problemy. Cóż, pożyjemy, zobaczymy, ważne, że Młodsza jest pozytywnie nastawiona, ja też !

Ale zdrowie zdrowiem, jechaliśmy z domu trasą na Stuttgart, następnie odbicie w lewo i przez Schwarzwald. Ludzie, co za widoki, jaka piękna trasa ! Pierwszy raz widzieliśmy te tereny i jest to fantazja, ino nie dla kierowców …  No cóż, trasa ma to do siebie, że jest mniej więcej dla żmii, czyli zakręty, w dół i pod górę no i tak do samego miasta. Freiburg – nie mieliśmy niestety czasu na zwiedzanie, no i taki malutki problem – miasto jest w trakcie remontów dróg. Co się tam dzieje, to możecie sobie wyobrazić, stare miasto, wąskie dość ulice i wykopki. Do tego wjazd jest przez dwa długaśnie tunele, tak mniej więcej 3-4 kilometry jechaliśmy ponad 40 minut, ledwo zdążyliśmy na termin rozmowy.

No i znowu widzę, że niemiecka służba zdrowia to jest zupełnie inna bajka. Termin wizyty Młodsza dostała w ciągu kilku godzin. Ona po prostu napisała maila do kliniki, przesłała skany dokumentów plus zdjęcia i odpowiedź była prawie natychmiastowa. Przy tym nie żądano jakiegoś specjalnego skierowania, zwykły papierek od lekarza domowego. W czasie rozmowy i zaraz po zostały pobrane materiały do badania i podane ścisłe terminy na następne wizyty. Jak na razie jestem w pozytywnym szoku.

Nawet, jak się okazało, że Młodsza bardzo źle zareagowała na chemię, nie było żadnego problemu z lekarzami, po prostu tu się słucha, co pacjent ma do powiedzenia i bierze się wszystko pod uwagę. Młodsza przeszła cały cykl radioterapii, wiadomo, że też nastąpiło pogorszenie stanu skóry, ale to nic w stosunku do efektu podania tylko jednej chemii.

W domciu idzie wszystko inaczej, niż w PL. Przede wszystkim dlatego, że w każdy weekend jestem na miejscu. Idzie po prostu normalniej, co było wcześniej nierealne. Trasę z Zurichu do domu znamy już prawie na pamięć, włącznie z fotoradarami. A niestety, one są i działają, o czym mój Ślubny miał parę razy okazję się przekonać. Na szczęście przekroczenia szybkości nie były duże, to i kary niezbyt „bolące”. Teraz już wiadomo, że trza jeździć „przepisowo”, nie ma taryfy ulgowej, szczególnie po stronie szwajcarskiej.

Nowe życie nareszcie stało się codziennością, bardzo długo musieliśmy znosić i rozłąkę i problemy z polską służbą zdrowia i nieciekawe otoczenie, w którym dawniej mieszkaliśmy, teraz nareszcie jest tak jakoś normalniej, szkoda, że takiej normalności niestety nie ma w Polsce. Po prostu widzę, czytam co się w PL dzieje i wiem jedno – decyzja o wyjeździe była słuszna. Czy jesteśmy gorszymi Polakami? Nie, nasze życie zawodowe było tam i co z tego? Marne emerytury, brak perspektyw, leżąca i kwicząca służba zdrowia i tysiące polskich waśni. Mam tylko jedno życie, chociaż w tej drugiej, bardziej schyłkowej części chcę mieć święty spokój.

A w Zurichu idzie całkiem nieźle, mój Szef po operacji biodra (proteza), śmiga po schodach jak dawniej, teraz za to czeka Go decyzja w sprawie oczka, bo, niestety, operacja na jedno pomogła, ale na inne – wręcz przeciwnie. Może się tak stać, że straci prawo posługiwania się samochodem w charakterze kierowcy tegoż. W Jego przypadku odebranie prawka może mieć wpływ na stan psychiki, bo jeździ faktycznie mało. Do tego po mikrowylewach (narkoza), ma nieco gorszą wymowę, ale jest nieco lepiej, gorzej jest wtedy, kiedy jest zmęczony. Ale co tam, jak na razie jest dobrze, On zdaje sobie sprawę, że nie młodnieje, a wręcz przeciwnie i pomoc będzie tu potrzebna cały czas. Oby tylko nie popadł w demencję i wiedział, kto ja jestem !

Moja Starsza ma zawirowania domowo-pracowo-osobiste, ale nie będę o tym pisać, sprawy prywatne takowymi pozostaną. Wiem, że sobie poradzi, bo jest osobowością silną i odpowiedzialną, teraz już nie tylko za siebie.

A Tobie, KateJ, dziękuję za co? A tajemnica ….

Reklamy

Takie jakby podsumowanie

Marzec 17, 2018
tags: ,

Przejrzałam wpisy od początku. No i właśnie wykryłam, dzięki umiejętności liczenia, iż prawie 10 lat naszego życia zostało tu, no, co prawda nie w szczegółach (ekshibicjonistką nie jestem!), tak mniej więcej opisane. Kawał czasu … Było różnie, źle, bardzo źle albo tragicznie, nie raz, nie dwa nie było co do gara wsadzić. Każdy grosz dwa razy oglądać trza było i zdecydować, co zrobić, co zapłacić, co może jeszcze „poczekać”.

Ale fakt, tak jak moja Młodsza napisała – zawsze mniej więcej byliśmy razem, nawet jak Starsza już w DE była, to nic, to i tak była „z nami”. Bywały ostre kłótnie, oj, bywały, jakoś wytrzymaliśmy.

I tym naszym obywatelom, którzy mówią, że ” Unia to jest beee i nic z tego nie mamy ” – ja jasno i otwarcie się sprzeciwiam. Nie jestem jakimś wyjątkiem, nie jestem jedyną w Polsce babą, co do roboty pojechała. Mój ślubny, zawsze to podkreślam, nie mógł i nie może już pracować, utrzymywał nas wiele lat i dawał z siebie naprawdę wszystko. Jak pojechałam do pracy – On przejął wszystkie domowe obowiązki i jestem pełna podziwu, że tak się ułożyło. Ale gdyby nie otwarcie rynku pracy, to oficjalne otwarcie, nie nastąpiło, to szczerze mówiąc, nie wiem, jak byśmy sobie ze wszystkimi problemami poradzili.

O polityce mówić nie będę, naczytałam się na FB komentarzy, że ci co „uciekli, zwinęli d…y w troki” i tak dalej, to nie powinni mieć prawa głosu, bo przecież to te masy, które zostały (jeszcze) w Polsce wiedzą lepiej, jak głosować i co dla nich jest dobre. OK, głosować nie będziemy, chociaż nikt z naszej rodziny za PIS-em nie był i nie jest. Może kiedyś Polacy w Polsce zrozumieją, że ci, co wyjechali i wyjadą, to nie są zdrajcy, tylko ludzie, rodziny, które chcą jakoś normalnie swoje życie przeżyć, a nie ciągle „bić w tarabany”. Pomijam drobny fakt, że za zachodnią granicą Polski żyje się lepiej. Oczywiście, zawsze jest coś za coś. Być może kiedyś przyjdzie tęsknota, nie wiem, do mnie raczej nie, bo ja już od sześciu lat jestem więcej w DE iw CH, niż byłam w kraju. Mój Ślubny – ma pod ręką i Młodszą na co dzień i Starszą „pod telefonem”, bez kosmicznych rachunków za rozmowy. Ja – pisałam, jestem na każdy weekend w domu, a wcześniej? Dwa, trzy razy do roku na kilka dni, koszmarne podróże po 22 godziny w jedną stronę, Moja Młodsza – ma po tej stronie siostrę, co prawda w północnych Niemczech, a my na południu, ale może pojechać pociągiem do Zurychu, na lotnisko i samolotem polecieć. Przejazd pociągiem plus lot – około 2,5 godziny. Czy będzie tęsknić? Sama tego jeszcze nie wie, ale chyba nie ma do czego. Korzenie zostają w nas, a przyszłość jest bardziej ważna od przeszłości.

Naczytałam się też na forach i FB najróżniejszych komentarzy o opiekunkach, co to są takie dobre, że pacjenci testamenty im zostawiają, biżuterię rozdają, samochody, domy i tak dalej. Wszystko zabarwione setkami podtekstów i zwykłą zazdrością. Nie wiem, czy jestem dobrą opiekunką, referencje zawsze dostawałam super-hiper, dopiero mój Szef czytając je uświadomił mi, co w nich jest między wierszami. No, nie dopatrzył się w moich niczego, ale teraz wiem, jak czytać. Toż nawet czytać trza umieć !

Jestem z grona tych, co zostały „obdarowane”. Za nic. Tylko za to, że byłam dobrą opiekunką, a nie panienką do towarzystwa. Tylko za to. I na „zaś” za to, że dokąd mój Szef po świecie będzie chadzał, to ja tam będę do pomocy.

I tyle na dziś, na posumowanie lat dziesięciu.

A moja biedna Młodsza dziś przegrana, po pierwszej chemii czuje się nieco przez wyżymaczkę przepuszczona i apetytu niet …

Jutro będzie lepiej !

Nowy rozdział – opieka medyczna w DE

Marzec 15, 2018
tags: ,

Witajcie !

Jakoś w nowej rzeczywistości znajdujemy swoje miejsce. W naszej miejscowości mieszka, pracuje wiele osób z polskim pochodzeniem, lub wręcz Polaków. Prawie w każdym sklepie, urzędzie, na poczcie, w aptece jest ktoś, kto po polsku mówi, lepiej lub gorzej. Czasami się to przydaje. Na przykład w sytuacji, kiedy musiałam kupić leki dla mojego Ślubnego, bez recepty, bo jeszcze nie dostał karty ubezpieczeniowej. No i pani, bardzo sympatycznie nas potraktowała, łatwiej po polsku było wytłumaczyć zawiłość przekazywania dokumentów z PL do DE. Cóż, udało się, Niemcy nie są czasami w stanie zrozumieć pewnych zachowań polskich urzędów. Powiem jeszcze, że zaległa emerytura mojego Ślubnego za wrzesień 2017 (!), ma w końcu teraz w marcu 2018 roku dotrzeć na konto.

Opieka medyczna, hmmm, pod tym względem nie ma nawet co porównywać. Młodsza jest pod stałą opieką specjalistów, wszelkie skany, badania, wycinki mówią „jest czysta” ! Teraz jest w trakcie radioterapii, jutro dołączona zostanie raz w tygodniu chemioterapia. Tak tu jest, że ludzie młodzi mają obligatoryjnie nie tylko radio, ale i chemioterapię w celu zmniejszenia ryzyka wznowienia. Jak czytam wiadomości z Polski, to włos mi się jeży na głowie, co by to mogło się stać, gdybyśmy nie wyjechali …

Ja mam ustalony termin kontroli kardiologicznej na 7 maja. Mój Ślubny po otrzymaniu karty również musi się wybrać do kardiologa. Ale – nasza kasa chorych posiada specjalny numer telefonu, gdzie się dzwoni bezpłatnie, podaje o jakiego lekarza i dlaczego, ustala się mniej więcej dni i godziny, jakie pacjentowi odpowiadają i promień odległości, czyli do ilu kilometrów jesteśmy skłonni dojechać. Następnie czeka się spokojnie na telefon z datą, godziną i miejscem … Nie trzeba gdzieś tam o świcie stać w kolejkach po to, żeby otrzymać datę. Prawda, że praktyki specjalistyczne, takie, jak kardiologia, są oblegane, że nie otrzyma się terminu „już”, ale termin 7 maja nie jest dla mnie jakiś bardzo odległy, tym bardziej, że czuję się bardzo dobrze. Mam leki, które wymagają konsultacji, bo specjaliści w Zurychu zaznaczyli, że może być potrzeba zwiększenia dawki. Wiem jednak, że gdybym się poczuła gorzej, to na miejscu jest klinika, gdzie mnie za drzwi nie wyrzucą.

Czas szybko biegnie, nie tak dawno popatrzyłam w kalendarz i olśniło mnie, że w Zurychu niebawem stuknie mi pięć lat ! Mój Szef zdecydował się na operację wstawienia protezy biodrowej, niestety musiał. Mieszka na trzecim piętrze i coraz trudniej było Mu wchodzić po schodach – w tym roku skończy 85 lat ! Jest kilka dni po operacji, wczoraj byłam w szpitalu zobaczyć jak się czuje. Szpital nie jest w Zurychu, zresztą nie życzył sobie żadnych tam odwiedzin. Fizycznie jest wszystko w porządku, tylko pełna narkoza troszkę „popsuła” mowę, ale to się cofa. Jutro wychodzi i od razu jedzie na rehabilitację. Tu jest tak, że jeśli pacjent od razu ze szpitala jedzie do Reha, to płaci kasa chorych. Jeśli chory ze szpitala wychodzi do domu, a powiedzmy, za dzień, dwa chce jednak jechać do ośrodka, to już musi opłacać to sam. Mój Szef zdecydował się od razu jechać, pomimo, że ograniczeń finansowych raczej nie ma, ale jest człowiekiem logicznie myślącym i zdaje sobie sprawę, że trochę czasu na dojście do formy potrzebuje. W szpitalu jest pacjentem tak zwanym półprywatnym, czyli szpital otrzymuje z kasy chorych określoną kwotę za tą operację, a on dopłaca za inne, dodatkowe usługi. Ale najpierw otrzymuje się cały kosztorys. W tym przypadku dopłata wyniosła niecałe 10 tys. CHF.

Tyle o medycynie z życzeniami dla wszystkich Rodaków, aby w Polsce kiedyś było tak samo.

A jak nam się żyje? Powiem tak – o wiele lepiej ! Niekiedy czytam na FB wpisy i komentarze ludzi, którzy zastanawiają się nad wyjazdem z Polski i ludzi, którzy żyją poza polskimi granicami już od lat. Często widzę komentarze, że „dla mnie to już za późno”. Jesteśmy żywym przykładem, że nigdy nie jest za późno, człowiek ma jedno życie, tylko jedno i warto chociaż na starość sobie to życie polepszyć.

Materialnie nic nie straciliśmy. Koszty życia nie są aż takie, żeby sobie nie poradzić. Jestem na każdy weekend w domu. Wiem, że nie każdy ma takie szczęście i nie każdy trafi na swojej drodze mojego Szefa – jest to wspaniały, wielki gość, choć niewielkiej postury, ale składa się przede wszystkim z serca i rozumu. Owszem, finansowo jest niezależny (delikatnie mówiąc), ale oprócz tego widzi więcej i umie przewidywać. Wie, że się starzeje, wie, że za czas jakiś będzie wymagał opieki i doskonale zdaje sobie sprawę, że tą opiekę będzie miał zagwarantowaną, chociaż teraz zapiera się wszystkimi kończynami i „nic nie potrzebuje”. Jak na razie, do czasu operacji grał intensywnie na giełdzie, ma do tego węch. A, opowiem – przed Bożym Narodzeniem zrobił eksperyment, założył za mnie kasę i zagrał w moim imieniu. W jeden dzień zysk z 3 tys. CHF wyniósł prawie 2 tys. CHF … Ale to był fuks (chyba – ja nie za bardzo się na tym znam), śledziłam razem z Szefem co się dzieje i widziałam to na własne oczy – a miałam je wielkie jak talerze !

Tyle opowieści na dziś, ciąg dalszy nastąpi !

Nowy rozdział – Młodsza i niemiecka opieka zdrowotna

Grudzień 22, 2017

Pisałam, że długo trwało uzyskanie ubezpieczenia zdrowotnego dla Młodszej, ale wina leżała, niestety, po stronie polskiej, pomijając nieporozumienia w kasach chorych na temat kto, co i gdzie.

Ale, kilka dni temu, mając w ręku tylko list z AUDI BKK i tłumaczenia wypisów z polskich szpitali, na wariata, pojechałyśmy do tutejszej kliniki na oddział onkologiczny.

Nie wygoniono nas …

Bardzo miła pani w recepcji od razu załatwiła

1/ termin u lekarza rodzinnego, którego to lekarza jeszcze Młodsza nie miała wybranego,

2/ termin u lekarza onkologa

3/ termin u specjalisty – ginekologa,

4/ termin u specjalisty  ginekologa klinicznego w klinice,

5/ termin badania PET-CT w klinice w Konstanz.

To wszystko w ciągu kilkunastu minut. W przyszłym tygodniu i zaraz po Nowym Roku będzie pełny obraz, a 5 stycznia wizyta na onkologii – konsylium.

Dalej po ogarnięciu jednego tematu – Fryburg, specjalistyczna klinika dermatologiczna.

Młodsza i ja jesteśmy w szoku …

Nowy rozdział

Grudzień 19, 2017

Nie wiem, czy jeszcze ktoś tu wpada.

Kończy się rok, kolejny rok trudny, ale tym razem mogę powiedzieć, że był to jednak czas udany. Zmian bardzo dużo, było bardzo ciężko ogarnąć pracę, zmianę miejsca zamieszkania, kłopoty ze zdrowiem mojej Młodszej i moje. Powoli wszystko mniej więcej stoi na nogach.

Nasz dom na wsi latem został wreszcie sprzedany, co prawda za mniejszą kwotę, niż planowaliśmy, ale widząc, co się w Polsce dzieje – zacisnęliśmy zęby i poszłoooo.

Zaczęły się natomiast kłopoty z wynajęciem mieszkania w DE. Uparcie szukałam w okolicach Jeziora Bodeńskiego, jak najbliżej Konstanz. Ino, że ten teren jest jedną wielką miejscowością turystyczną, ceny w związku z tym wzięte często z kosmosu, a i tak za każdym razem, gdy już dostąpiłam „zaszczytu” i otrzymałam termin oglądania, to okazywało się, że takich naiwnych jest kilkanaście rodzin na jedno mieszkanie.

Termin opuszczenia naszego starego domu był krótki, tylko dwa miesiące, w dodatku w lecie, kiedy Bodeńskie jest oblegane. Wracając z któregoś tam castingu, w czasie potwornego upału, wieczorową porą, poczułam się bardzo źle. Doczłapałam do apteki na Hauptbahnhof w Zurichu i … w krótkim czasie wylądowałam na oddziale kardio w UNI Spital. W czasie „złotej godziny” wstawiono mi trzy stenty, akcja odbyła się późnym wieczorem w sobotę, a w środę już pożegnałam gościnne progi szpitalne.

To, co się stało miało bardzo duży wpływ na dalsze nasze losy. Mój szef, ciągle ten sam, uznał, że prędzej się wykończę, niż mieszkanie znajdę, a muszę dodać, że w tym czasie moja Młodsza przebywała „seryjnie”  w kolejnych szpitalach warszawskich, mój Ślubny koczował w hotelu. Po krótkiej rozmowie miałam już sprawę załatwioną – kupno mieszkania z pomocą mojego szefa. Nie jest to mieszkanie super – hiper, ale ma 68 mkw., trzy pokoje, duża kuchnia, balkon i bardzo ważne – w centrum miasta, ale na granicy strefy pieszej, więc hałasu nie ma, nawet na balkonie. Bardzo blisko piękny park, z psem można do woli spacerować, miejsce parkingowe na nasze autko (a, zmieniliśmy – teraz jeździmy czymś, co zawsze budziło we mnie negatywne dreszcze – BMW 530 xdrive, DISEL w dodatku!), jest o 5 minut od domu.

No i zaczęła się wielka akcja pod tytułem „przeprowadzka”, a najpierw masa papierków do załatwienia – bo Niemcy kochają papierki. We wrześniu nasze graty zostały dowiezione z Polski,

Moja Młodsza miała 30 sierpnia bardzo poważną operację, rozpoznanie, które spowodowało jej konieczność, wstrząsnęło mną bardzo głęboko. No, ale 11 października odebrałam Młodszą ze szpitala i przyleciałyśmy do Zuri, a później autkiem do – a, nie napiszę, gdzie mieszkam, bo nie samych przyjaciół posiadam, niestety, taka rzeczywistość jest.

W każdym razie, Młodsza musiała jeszcze raz do PL lecieć po wyniki histopatologiczne, dostała też kwalifikację na radioterapię.

No, ale żeby ona mogła kontynuować leczenie, to trza ubezpieczenie załatwić, przebrnięcie przez zasieki polskich i niemieckich formalności trwało aż do ubiegłego tygodnia ! Najpierw, co bardziej znane niemieckie kasy chorych upierały się, że osławiony druk E-104 to ma moja córka załatwić, a w przepisach stoi jak byk, że to niemiecki ubezpieczyciel występuje do polskiego, wprzódy stemplując i podpisując ów formularz. Później okazało się, że po polskiej stronie jest jeszcze tysiąc różnych zaświadczeń i formularzy. Na szczęście udało się wszystko telefonicznie i mailowo pozałatwiać, a jedyną kasą chorych, jaka z marszu wiedziała, co do kogo należy okazała się być AUDI BKK. Jutro moja Młodsza ma wizytę u lekarza i do jutra będę miała szpilki w odwłoku z nerwów. Na szczęście  klinika jest w naszym mieście.

Ja i mój Ślubny jeszcze czekamy na papierki do ubezpieczenia … ale my mamy chociaż karty EKUZ, co prawda nic mi po tym, bo za leki muszę na razie 100 procent płacić, ale, hmm, gdyby się pogorszyło, to jest możliwość się ratować. Gdybym nie miała karty EKUZ, to moja przypadłość sercowa załatwiłaby nasze finanse na amen i do końca życia chyba. I tak musiałam połowę kosztów transportu do szpitala sama zapłacić, bo Szwajcarzy mają roczny limit korzystania z karetki w wys. 500 CHF, a koszt mojego przewozu o było 986 CHF. Nawiasem mówiąc szkoda, że nie widziałam min pracowników NFZ po przeczytaniu rachunku …, ale muszę powiedzieć, że warunki miałam luksusowe, pokój jednoosobowy, menu do wyboru, kawka do łóżka i takie tam inne.

I tak minął ten rok, intensywnie, nerwowo, ale teraz przyszedł wreszcie czas, kiedy nie czekam trzy miesiące na to, żeby widzieć moją rodzinkę kilka dni i znowu w drogę. Pracuję w innym rytmie, w poniedziałki rano, tak koło 10.00 zaczynam pracę a w piątki po 14.00 jadę do DOMU! Godzinka jazdy i już !

Teraz szykujemy się do pierwszych świąt na nowym miejscu, przyjedzie Starsza wraz z Helge i moją wnuczką, jak dotąd, jedyną (Starsza, a może ????), choinka ubrana, w czwartek przed południem jadę do domu – a jak, mam dobrego szefa, który zresztą wpadnie na dwie godzinki w Wigilię i tylko jeszcze niech moja kochana Młodsza wygrzebie się w miarę możliwości ze swoich zdrowotnych problemów, to już chyba nic więcej mi do szczęścia nie będzie potrzeba.

Wszystkim, którzy tu jeszcze wpadają –

serdeczne życzenia wspaniałych Świąt i niech Nowy Rok każdemu przyniesie to, co sobie marzy !

choinka

To nasza choinka na nowym miejscu życia.

Nadal na emigracji – o wszystkim i niczym

Październik 15, 2016

Takiej długiej przerwy chyba jeszcze nie miałam, ale od ubiegłorocznej Francji działo się dużo, aż za dużo.

Moja przygoda z miejscem wybranym, jako docelowe do stałego pobytu, skończyła się szybko. Przyczyny różne, osobiste, mniej osobiste i takie inne. Mam trudny charakter, wiem o tym i nie wszędzie pasuję, jestem, jaka jestem i mając tyle lat na karku – już się nie zmienię. A co tam, ważne, że jestem sobą i całkiem dobrze na tym wychodzę.

Zmieniły się również plany co do miejsca, gdzie chcemy się osiedlić. Ciekawa jestem, ile razy jeszcze trzeba będzie zmieniać koncepcję… Po wizycie na UNI w Stuttgarcie okazało się, że po pierwsze primo, mają limit przyjęć studentów „obcych” – ledwo 10 %, po drugie primo, na kierunek wybrany przez moją Młodszą jest wielu kandydatów i na przyjęcie można czekać do us…. śmierci.

Wpadłam w internet, udało się znaleźć inny uniwersytet, mianowicie UNI Konstanz, gdzie na kierunku podobnym do germanistyki miejsca nie są wykorzystane. Byłam tam z moją Młodszą, języka śmy zasięgnęłyśmy i jeśli egzamin językowy (DaF), zaliczy, to na 99 % zostanie przyjęta.

W tak zwanym międzyczasie Młodsza zdała maturę, z bardzo dobrymi wynikami, szczególnie zależało jej na egzaminie rozszerzonym z niemieckiego.

W związku z tym wystawiliśmy nasz polski dom do sprzedaży. Kto chce, może obejrzeć:

http://adresowo.pl/o/9tg3ug?v=4da2fc12fdc20e1dbcec0364ac84b538

Zaglądają do nas różni ludzie, ale na razie poważnej oferty nie mamy, wiem, teraz idzie zima i nie ma co liczyć, że ktoś sobie dom na Gwiazdkę sprawi. Wiem, że czasy są trudne, ale sporo ludzi, którzy wracają np. z Anglii, a i też mamy zainteresowanie po niemieckiej stronie, szuka miejsca na nowy początek. My też, jesteśmy cierpliwi …

Na froncie zawodowym: od czerwca ubiegłego roku byłam pod Stuttgartem na zmianę z Zurychem. Od wiosny jestem znowu na starych śmieciach szwajcarskich i tu mi jest dobrze ! W tym  tylko roku od początku czerwca aż prawie do końca sierpnia była ze mną moja Młodsza, później króciutki urlop w PL i znów do krainy serów wróciłam. Mam teraz inną dziuplę, większą znacznie i nie mam żadnej pracy opiekuńczej. Przyjeżdżam tu do prowadzenia domu, teraz trochę więcej zajęć, bo mój gospodarz zajęty remontem mieszkania po najemcach. Nigdy bym się nie spodziewała, że w kraju tak poukładanym najemcy mogą tak wielkie szkody zrobić! W jednym z nich mieszka on, a ja piętro wyżej. Na wysokim parterze jest piękne, dwupoziomowe mieszkanie, łącznie prawie 160 m kw., z wyjściem do ogrodu, sauną, garażem, są dwie łazienki, osobny prysznic przy saunie, dodatkowe 2 WC. Podłoga w salonie, wyłożona drewnem została zupełnie zniszczona, lodówka, zamrażarka, zmywarka – do wymiany, ocalała tylko pralka o suszarka. W łazience potłuczony sedes, w drugiej zniszczone kafle. Wykładzina na wewnętrznych schodach – do wyrzucenia, a mieszkali ci ludzie tylko 3 lata … Cóż, zwrotu kaucji oczywiście, nie dostaną, ale teraz jest straszny zamęt z remontem i ciągłe dyskusje co, jak, gdzie zrobić, co zmienić.

Mieszkanie „po mnie” ma teraz studentka, właśnie rozpoczęła naukę. Mamy wspólne WC i już wiem, że jak sama nie posprzątam, łącznie z umyciem kranu z pasty do zębów, to czystej wody nie będę miała jak sobie do dzbanka nalać. Ja nie mam kuchni, nie jest mi potrzebna, bo i tak nie gotuję, ale czystą wodę raczej posiadać chcę.

Myślę sobie, że Szwajcaria wyhodowała sobie bardzo roszczeniowe pokolenie. Tamci najemcy też byli młodzi i ciągle „coś chcieli”, były ciągle jakieś reklamacje, a zachowywali się paskudnie.

Wracając do spraw zawodowych – pośrednictwo powoli się toczy, nie nastawiam się teraz na rozwijanie tego, wiem, że muszę być tam na miejscu, w DE, zdalnie się tego nie da. Mam kontrakty, niektóre rozwiązane, żeby było śmieszniej – z rozwiązanych rodziny znowu wracają i tak się to powoli toczy.

Może następny wpis będzie weselszy, bo chodzi mi po głowie temat „dobra zmiana”. Nie wiem czy nie wyjdzie z tego tragikomedia, ale co tam, popisać se mogę (jeszcze!).

Na emigracji – Francja !

Październik 17, 2015

Po pierwsze primo – w moim zawodowym i prywatnym życiu czas biegnie bardzo szybko, dlatego wpisów nie tak wiele.

W zawodowym – powoli, bo powoli, z przyczyn ode mnie niezależnych, interes się rozwija. „Dobrałam” jeszcze jeden sposób na dodatkowy zarobek, być może coś z tego będzie, o ile Polacy, pracujący w DE zaczną myśleć o tym, że nie zawsze będą zdrowi i nic się nie stanie:

Ubezpieczenia w DE

A teraz skrót myślowy do Francji:

Mój szwajcarski gospodarz, u którego gościłam we wrześniu, miał urodziny. W ubiegłym roku nie były obchodzone z uwagi na ciężki stan jego żony (opiekowałam się Moniką do końca).

W tym roku akurat byłam na miejscu i zostałam zaproszona na 3-dniowy wyjazd urodzinowy z całą rodzina na objazd winnic w Burgundii !!

Wrażeń było tak wiele, że zawrót głowy do dziś mam, wina były różniste, nie wszystkie super, ale kilka przedniej jakości, a piwnic z degustacją było multum. Program wypełniony na full, żadnego „czasu wolnego”.

Podróżowaliśmy autokarem klasy VIP:

autokar

 

Zwiedziliśmy Koenigliche Saline w Arc-et-Senans i tamże był wspaniały obiad:

salina

obiad

Ta osoba płci żeńskiej – to ja.

 

Jedna ze zwiedzanych piwnic z degustacją:

piwnica

 

A tu pierwszy raz w życiu testowałam absynt, knajpka typowa, w środku siedzieli panowie żywcem z francuskich filmów, każdy ze szklaneczką absyntu:

absynt

 

Zdjęcia nie pierwszej jakości, bo ja robię tym, co mam, czyli komórką, ale są. Innych atrakcji było wiele. Kuchnia francuska – hmmm, osobny temat, za czas jakiś napiszę.